Dania Europa Wyspy Owcze

O niezapomnianym spacerze nad wodospad Mulafossur na Wyspach Owczych.

Jak zwykle o poranku, opatuliłam się w koc, usiadłam na tarasie i niespiesznie popijałam kawę. Znajdowałam się w domu, w którym zatrzymałam się na dwie ostatnie dobry przed wylotem. Tuż przy ogródku płynął rwący potok, którego szum był niezwykle odprężający, a z wielkiej przeszklonej ściany salonu rozpościerał się widok na kameralne miasteczko Sandavágur położone w okolicy lotniska. Z powodu sztormu, odwołano mój prom na wyspę maskonurów, więc postanowiłam spróbować dotrzeć nad malowniczy wodospad Mulafossur.

Godzinę później siedziałam już w niebieskim autobusie linii 300 (linia lotniskowa). Kierowca wysadził mnie na ostatnim przystanku w otoczonej fiordem wsi Sørvágur. Od pierwszego przystanku, jakim miała być osada Bøur dzieliły mnie 4 km marszu.

Droga asfaltowa prowadziła wzdłuż bazaltowego wzniesienia pokrytego jaskrami i chabrami. Ze stromego zbocza spływały tysiące malutkich wodospadów. Na wyższych partiach pasły się owce.

Po mojej lewej stronie znajdował się fiord Sørvágsfjørður, a z każdym kolejnym kilometrem coraz bardziej zza gór wyłaniał się spiczasty kształt wyspy Tindhólmur.

Miałam nadzieję podróżować autostopem, ale w przeciągu godziny nie minął mnie żaden (!) samochód. Kontemplowałam piękno natury i zagadywałam owce. Po jakimś czasie zaczęłam mówić do siebie analizując to, co widzę przed sobą i zachwycając się każdym szegółem. Fajnie jest czasem pogadać ze sobą. Prawda?

Mijając drewniane chatki usytuowane na soczystozielonych polanach i wybrzeżu, wymarzyłam sobie, by kiedyś zamieszkać w miejscu z takim widokiem.

Droga prowadziła coraz bardziej pod górę. W końcu na horyzoncie ujrzałam chatki osady Bøur, nad którą wyrastała wzbudzająca grozę, skryta za mgłą góra Eysturtindur.

Bøur

Bøur to wioska na wyspie Vágar licząca 64 mieszkańców. Słynie z niezwykłego widoku na wysepkę Tindhólmur o pięciu szczytach przypominających koronę, wysepkę Gáshólmur oraz formacje skalne o ciekawym kształcie zwane drangar.

Spacerowałam maleńkimi, pustymi uliczkami pustej osady zachwycając się spokojem i pięknem tego miejsca. Zza rogu wyłonił się wodospad i mostek, a po trawiastych dachach przechadzały się kury…

Jedynymi ludźmi, których dostrzegłam w osadzie była para wchodząca do miejscowego kościoła. Pomyślałam, że muszą być to osoby dbające o kościół lub mieszkańcy, którzy zaczynali schodzić się na nabożeństwo.

Próba dotarcia do wodospadu i nowi znajomi

Wciąż jednak zastanawiałam się, czy warto iść  5 kilometrów pod górę do wioski ze znanym mi z przewodników wodospadem Mulafossur. Po kilku dniach górskich wędrówek, moje nogi odmawiały posłuszeństwa. Postanowiłam spróbować.

Do osady Gásadalur, w której znajduje się słynny wodospad, nie dociera komunikacja autobusowa. Zostaje opcja przejścia prawie półtorakilometrowego nieoświetlonego tunelu, w którym unoszą się szkodliwe pyły. Na autostop straciłam już nadzieję. Dotarłam do tunelu i wraz ze świstem przeciągu, dobiegł mnie okropny smród spalin. Zastanawiałam się, jak to możliwe skoro rzadko ktoś tamtędy przejeżdża. Poddałam się i zdecydowałam się wrócić do Sørvágur, by złapać autobus.

Zaczęło obficie padać. Zeszłam w dół i przysiadłam przy najbliższej chatce w Bøur licząc, że ktoś podrzuci mnie do miasta.

Na przeciwległym parkingu zobaczyłam samochód, więc nadzieja na szybszy powrót pod ciepły koc natychmiast wzrosła. Nagle z pojazdu wysiadła starsza pani, którą widziałam wcześniej przy kościele:

– Wszystko w porządku? Może mogę jakoś pomóc? – usłyszałam szkocki akcent.
– Czy jadą państwo do miasta? Mogłabym się zabrać? – zapytałam.
– Tak, ale wcześniej chcielibyśmy zobaczyć jeszcze jedną wioskę, Gásadalur.
– Naprawdę? Bardzo chciałam tam dotrzeć ale mi się nie udało – odparłam zdumiona, a w moim sercu rozpalił się gorący płomień radości i podekscytowania.
– Wsiądźmy do samochodu – rzekła nowa znajoma – schronimy się przed deszczem i coś przekąsimy.

Rosalind i Roger okazali się być podróżującym małżeństwem osiemdziesięciolatków z Aberdeen. Od dziesięciu dni zwiedzali Wyspy Owcze. Przygryzaliśmy brytyjskie topione serki w trójkątach i farerskie bułki, a ja poczęstowałam ich polskimi kabanosami. Herbata z termosu znów smakowała, jak nigdy dotąd.

– Bardzo chciałabym zobaczyć wodospad Mulafossur – powiedziałam z pełną buzią.
– To jest tam jakiś wodospad? – zapytał zaskoczony Roger.
– Nie wiedzieliście? – zapytałam.
– W takim razie jedźmy!

Wyspa Tindhólmur

Zbliżając się do tunelu, z bliska mogliśmy zobaczyć wyspę Tindhólmur, która obecnie nie jest niezamieszkana przez ludzi. Żyją tam owce i liczne kolonie  ptaków. Wyspa posiada pięć szczytów: Ytsti, Arni, Lítli, Breiði, Bogdi, czyli: Najdalszy, Orli, Mały, Szeroki, Wygięty.

O jednej z legend związanych z rodziną mieszkającą dawno temu na wyspie pisze Maciej Brencz na strone Farerskie Kadry:

Gdy pewnego dnia ojciec wypłynął w morze, orzeł porwał dziecko i zabrał je do gniazda znajdującego się na jednym z pięciu szczytów wyspy. Zrozpaczona matka ruszyła na ratunek. Gdy dotarła na sam szczyt, orzeł wydziobał dziecku oko. Matka wyrwała swoje dziecko ze szponów ptaszyska. Niestety zmarło ono wkrótce na skutek odniesionych ran. Po tej tragedii małżeństwo opuściło wyspę. Od tamtego czasu pozostaje ona niezamieszkana.

Obok formacji skalnych zwanych drangar, znajduje się ferma, gdzie w wielkich kręgach hoduje się łososia.

Gásadalur

Wyjechawszy z tunelu zobaczyliśmy ogromną dolinę z maleńką osadą. Gásadalur to jedna z najbardziej odizolowanych wiosek na Wyspach Owczych. Wioska do niedawna była odcięta od świata – w 2005 otwarto tunel o długości 1410 metrów łączący Bøur i Gásadalur. Osada liczy obecnie 15 mieszkańców, a liczba wciąż maleje. Nad doliną górują szczyty: Árnafjall (722 m n.p.m) od północy, and i Eysturtindur (715 m n.p.m) od wschodu.

Nazwa wioski pochodzi od właścicielki terenów z XII wieku o imieniu Gæsa. Gásadalur oznacza też Dolinę Gęsi. Mieszkańcy trudnią się m.in. rybołówstwem, choć linia brzegowa jest wysoka i trudno dostępna. Dlaczego właściwie ludzie zdecydowali się tutaj osiedlić? Jedną z przyczyn jest wiatr, który nawiewa słoną wodę na łąki doliny. Sprawia ona, że mięso wypasającego się tam bydła ma jedyny w swoim rodzaju smak i osiąga najwyższe ceny na farerskim rynku (Maciej Brencz, Farerskie Kadry).

Mgła unosząca się nad otaczającymi ją wzniesieniami sprawiała, że dolina wydawała się magiczna i dramatyczna zarazem. Pisk ptaków krążących nad przestrzenną polaną usypaną kaczeńcami przyprawiał mnie o dreszcze.

 

Szlak pocztowy i listonosz-alpinista

Do niedawna trasę przez szczyt Eysturtindur (715 m n.p.m.) trzy razy w tygodniu przez dwadzieścia lat pokonywał listonosz Karl Mikkelsen. Ten maleńki czarny punkcik pośrodku zieleni to początek tunelu łączącego osadę z dalszą częścią lądu. Przed jego otwarciem w 2005 roku, jedyną pieszą drogą do Gásadalur był mający 3,5 km szlak przez szczyt góry.

Szlak jest bardzo wymagający – droga na szczyt jest bardzo stroma i skalista, a zejście niebezpieczne i śliskie. Dziś wielu turystów decyduje się na wędrówkę tamtędy, ale recenzują to jako niełatwe zadanie nawet dla doświadczonego piechura.

Zaparkowaliśmy przy zabudowaniach. Od wodospadu dzieliło nas kilkanaście minut spaceru – prowadził nas narastający szum. Wiatr stał się bardzo porywisty i ledwo utrzymywaliśmy się na nogach.

Przez całą drogę towarzyszył nam pies, który żądał, by kopać mu kamyk.

Narastający wiatr sprawiał, że bałam się podejść bliżej skarpy będącej punktem widokowym – miałam wrażenie, że zaraz spadnę z klifu do wody.

Ostrożnie podchodziliśmy coraz bliżej, czując na twarzach krople wody z wodospadu, który zaczął wyłaniać się zza zielonej polany.

wodospad Mulafossur
wodospad Mulafossur

W końcu udało nam się zobaczyć bajkowy krajobraz widniejący na znaczkach pocztowych Wysp Owczych! W kulminacyjnym momencie zachwytów, wiatr prawie wyszarpnął mi aparat.

wodospad Mulafossur

Marzyliśmy, by jak najszybciej znaleźć się w ciepłym aucie. Żal mi było opuszczać niesamowitą polanę. Poprosiłam Rosalind, by naprędce zrobiła mi zdjęcie na jej tle, które uważam za wyjątkową pamiątkę. To wyżej zresztą też. :-)

Czasem nie wierzę, że coś się wydarza, więc zamiast szczypać się w ramię, ukradkiem kręcę filmik, by zapamiętać dialogi i robię zdjęcia, by nazajutrz sprawdzić czy to była prawda. Czuję tak szczególnie po powrocie z podróży – wracając do codziennych czynności mam wrażenie, że to, co działo się gdzie indziej zaledwie kilka dni temu, było jedynie miłym snem. Parę tygodni temu Roger wysłał mi swoje zdjęcia z telefonu, co rozbudziło na nowo wspomnienia i zmotywowało mnie, by napisać ten tekst.

Niby nic, niby zwyczajne spotkanie, jakich wiele w podróży. One jednak nadały temu pobytowi sens.

POWIĄZANE WPISY