Brazylia Kolorowe miejsca Tęcza

Paraty – kolorowa perełka brazylijskiego wybrzeża.

Pewnego czwartku przed dwoma laty, wyjątkowo nie w pojedynkę, a z przyjaciółką, wsiadłyśmy w autokar na gwarnym dworcu zatłoczonego i pędzącego w zawrotnym tempie Rio de Janeiro po to, by w niecałe cztery godziny przenieść się do zupełnie innej rzeczywistości, w której miałyśmy spędzić dwa dni.

Zamiast wielopasmowych ulic wciśniętych między imponujące, sięgające nieba apartamentowce, w Paraty zastałyśmy brukowane ulice otoczone barwnymi, kolonialnymi zabudowaniami wpisanymi na listę światowego dziedzictwa UNESCO, których fasady swymi kolorami i kształtami zachęcały, by je fotografować.

Wtedy, pewnego czwartku przed dwoma laty, włócząc się niespiesznie uroczymi uliczkami, nie zdążyłam jeszcze poznać dość smutnej historii miasteczka.

Brazylijska gorączka złota

Paraty (czyt. Paraczi) położone jest na brazylijskim wybrzeżu Costa Verde, między São Paulo a Rio de Janeiro. Nazwa miasta w języku indiańskiego plemienia Tupi to Rzeka Pełna Ryb. 

Paraty jest kolonią portugalską założoną w 1667r. Rozkwit miasta przypada na XVII wiek, gdy w stanie Minas Gerais odkryto złoto.

Paraty stworzone było poprzez krew, pot i łzy afrykańskich niewolników. Historia całego regionu zbudowana została właśnie na niewolnictwie, a Paraty są tego świadectwem. W miasteczku znajdują się trzy kościoły z czasów kolonialnych, osobne dla afrykańskich niewolników, wyzwolonych Mulatów oraz białej elity.

Złoty Szlak

Po tym, jak Portugalczycy odkryli złoto na górzystych terenach stanu Minas Gerais w 1696r., niewolnicy wybudowali dla nich Caminho do Ouro, czyli Złoty Szlak, na trasie którego znajdowały się Paraty. Stąd najpierw do Rio de Janeiro, a następnie do Lizbony, mogło być eksportowane złoto, kawa i tytoń. Złoty Szlak istnieje do dziś, a odwiedzając Paraty warto przejść się jego fragmentami.

Złoty Szlak jest częścią Drogi Królewskiej (Estrada Real), którą do portów transportowano złoto i diamenty.

W tym okresie Paraty było tętniącym życiem portem, gdzie bogacze budowali eleganckie domy i kościoły – wiele z nich w oryginale przetrwało do dziś. Wkrótce jednak statki ze złotem stały się chrapką dla piratów, więc trzeba było pomyśleć nad lepszym rozwiązaniem transportu cennego kruszcu. W latach dwudziestych XVIII wieku wybudowano drogę między Minas Gerais a Rio de Janeiro wykluczając z trasy Paraty, przez co miasteczko stopniowo traciło na popularności i wkrótce opustoszało.

***

Na każdym kroku zachwycało nas wszystko, choć smucił fakt, że z powodu olbrzymiej wilgotności powietrza parowały obiektywy i że trafiłyśmy na powódź – ulice pełne były wody.

Ku naszemu zdziwieniu, gdy przedzierałyśmy się przez zalane chodniki mając na stopach jedynie japonki, z kałuż i dziur wyłaniały się dziesiątki małych skorupiaków z pokaźnym szczypcem. Spalając kalorie pochłaniane w przeddzień wraz z gęstymi sosami z czerwonej fasoli, z gracją przeskakiwałyśmy kałuże, w których bajecznie odbijały się kolorowe fasady budynków.

Coś nam się jednak w tej całej sytuacji nie zgadzało – nie rozłożono worków z piaskiem, nie siano paniki. Mieszkańcy podchodzili do powodzi ze stoickim spokojem i nikt nie próbował ratować miasta.

Jak się potem okazało, Paraty jest miejscem nietypowym, w którym powódź występuje celowo: to strategia oczyszczania ulic. Jako że miasteczko leży poniżej poziomu morza, a chodniki znajdują się na sporym podwyższeniu, podczas pełni księżyca i przypływu woda z oceanu wypełnia ulice. System ten powstał wraz z utworzeniem osady przez Portugalczyków.

Chłopcy na placu pełnym zieleni puszczali latawce, indiańskie dzieci opiekowały się młodszym rodzeństwem, właściciele domów zamiatali ulice, a sprzedawca ręcznie robionej biżuterii obserwował z progu, co działo się wokół.

Nareszcie niebo rozchmurzyło się. Spacerowałyśmy niespiesznie potykając się o kamienie. Z zaciekawieniem zaglądałyśmy do sklepików z indiańskimi łukami i łapaczami snów.

Odkryłyśmy też sklepy z kolorowymi balonami i bardzo żałowałyśmy, że nie zmieścimy ich do wypełnionych po brzegi plecaków. Na szczęście udało nam się znaleźć baloniki w formie magnesów – jeden z nich oprawiłam w ramkę i powiesiłam w salonie.

Życie płynęło tam powoli. Centrum historyczne zamknięte jest samochodów i motocykli. Mieszkańcy poruszają się konno lub bryczkami, co sprawiało, że czułyśmy się jak na planie brazylijskiej telenoweli; jak gdyby czas zatrzymał się w miejscu kilkaset lat temu. Nasze szorty i trampki zupełnie nie pasowały do tego, co nas otaczało.

Spomiędzy budynków wyłaniała się panorama zatoki. Skierowałyśmy się w kierunku wody.

Oddychające wzgórza wyglądały bajecznie. Obok nas przechodziły pasące się konie, a przed nami przepływały rybackie łódki.

Słońce zachodziło już za horyzont, a ku niebu wciąż unosiło się mnóstwo latawców. To moje ulubione ujęcie z Paraty, którego pewnie by nie było, gdyby nie impuls wyjęcia telefonu z torebki w drodze do hostelu. Jeden z momentów, które bardziej chce się zapamiętać niż fotografować. Kojarzy mi się z jedną z moich ulubionych książek Chłopiec z Latawcem Khaleda Hosseini i filmem o tym samym tytule.

Cachaça i wózki z ciastkami

Na początku XVIII wieku, gdy miasteczko pustoszało po wykluczeniu go ze Złotego Szlaku, na ratunek przyszły kawa, rum i cachaça, które stały się towarami eksportowymi, a cachaça jest obecnie symbolem miasta.

Cachaça, to napój z wysoką zawartością alkoholu produkowany z fermentowanego soku trzcinowego. Jest głównym składnikiem brazylijskiego drinka Caipirinha. Smakuje podobnie do rumu, ale ma lekki posmak owocowy. Bar w naszym hostelu serwował pyszne drinki na bazie cachaçy, więc wieczór spędziłyśmy właśnie tam, integrując się z innymi podróżnikami.

W ciągu dnia natomiast, (bardzo) częstą przekąską były obłędne ciasta od sprzedawców z mobilnymi sklepikami. Większość słodkości zawierała kokos i orzechy.

Kolejny dzień powitał nas piękną pogodą, ale temperatura była tak wysoka, że głównym celem naszego przedpołudnia było znaleźć zacienione miejsce i pacnąć się gdzieś z chłodnym lokalnym piwem.

Podążając w kierunku wybrzeża wybierając uliczki, w których jeszcze nas nie było, trafiłyśmy na plażę. Przez kilka godzin obserwowałyśmy zatokę, mieszkańców i lokalnych turystów.

SOK Z… KIJA

Czekając na autokar mający nas zawieść w dalszą podróż, zajrzałyśmy do baru przy przystanku prosząc o coś do picia. Niestety wszystko z menu zostało wyprzedane, a sprzedawczyni nie mówiła po angielsku, więc pokazała nam na migi, by chwilę zaczekać. Obserwowałyśmy z zaciekawieniem, jak bierze do ręki długi kij i wsadza go w dziurę jakieś dużej maszyny, by po chwili podać mi szklankę tajemniczego napoju. Jak się potem dowiedziałyśmy, jest to po prostu sok z trzciny cukrowej.

Sami zobaczcie!

Informacje praktyczne

Przejazd: Bilet z Rio de Janeiro do Paraty można kupić w kasie na dworcu autobusowym przy okienku przewoźnika Costa Verde.
Cena biletu ok. 150 PLN. Czas podróży: 3h30min.

Nocleg: Vibe Hostel
Cena za dobę ze śniadaniem: 172 PLN (pokój dwuosobowy z łazienką).

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

POWIĄZANE WPISY