Chile Wyspa Wielkanocna

Lot na Wyspę Wielkanocną, czyli mini thriller na pokładzie.

Piątek, trzynastego maja. W stolicy Chile budzi się właśnie kolejny dzień i nie zanosi się na to, że będzie inny niż wszystkie. Nie wierzę przecież w zabobony – tylko przezornie łapię się za guzik widząc kominiarza i liczę do dziesięciu, gdy wracam do mieszkania, jak czegoś zapomnę. Odwijam się z trójwarstwowego kokona pościeli, bo przez stare okno wieżowca z lat osiemdziesiątych przenikało w nocy straszliwe zimno. Stąpając na paluszkach, by nie zbudzić gospodarzy, piję kolejną saszetkę wszechobecnej w Chile Nescafé, zgarniam z kuchni gigantyczne awokado i ruszam na lotnisko. Przede mną lot na Wyspę Wielkanocną.

Dzień jak co dzień: pod blokiem ktoś sprzedaje tłuściutkie churros, a studenci pędzą na pobliski katolicki uniwersytet. – Jesteś z Polski? Jan Paweł II był u nas w ’87! Polacy są super! – słyszę od kasjerki kupując bilet.

Terminal lotów lokalnych (Domestic Terminal). Kontrola celna, zapikałam na bramce.

Ech, zawsze i wszędzie muszę im pikać.

Loty na Wyspę Wielkanocną odbywają się raz dziennie z terminala krajowego Santiago oraz raz w tygodniu z Tahiti. Administracyjnie wyspa należy do Chile, a geograficznie jest częścią Polinezji.

Lot z Chile trwa niecałe 6h.

W kolejce na pokład stoję tuż za śniadą kobietą o kruczoczarnych włosach, na oko po sześćdziesiątce. Pokazuję paszport, skanuję kartę pokładową. Nie wierzę: zaraz znajdę się na wymarzonym krańcu świata! Miałam przecież dolecieć tam 2,5 roku temu, w ostatni długi urlop pracując jeszcze w liniach lotniczych z mega zniżkami. Skrupulatnie planowana podróż dookoła świata. Po tygodniu spędzonym Tokio doleciałam do Sydney, a oszczędności wyczerpały się szybciej niż myślałam.

Boarding przeciąga się w nieskończoność. Zastanawiam się, jak to będzie po tej drugiej stronie: czy faktycznie tajemnicze posągi stworzone były przez UFO? Jakie filmy będą na pokładzie? Jestem cholernie głodna! Ech, chyba tym razem jednak zjem ten tekturowy posiłek. O jeny, ci znowu się całują. O nie, dziecko. Oby nie usiadło obok mnie. Wino. Potrzebuję wina.

Wreszcie wchodzę do samolotu. Mijam dostojnych pasażerów z klasy pierwszej, przechodzę przez zasłonkę do klasy biznes… Kobieta o kruczoczarnych włosach idąca przede mną nagle zwalnia. Z prawej strony napotykam pełen zakłopotania wzrok pary w sportowym odzieniu. Starsza kobieta niespodziewanie osuwa się na siedzenie, jej oczy stają się białe i nieobecne, a z ust pada jakieś nieme, niezrozumiałe słowo… Stewardessy nakazują, by szybciej kierować się naprzód.

Wybieram komedię z segmentu vintage i przenoszę się do liceum z lat dziewięćdziesiątych. Po półtoragodzinnym seansie dociera do mnie, że wciąż nie wystartowaliśmy, a stewardessy krzątają się w tę i z powrotem.

Na polecenie członków załogi, pasażerowie opuszczają pokład. Otrzymuję kupony na posiłek wraz z informacją, że samolot zastępczy wystartuje za cztery godziny. Dowiaduję się, że służby ratownicze po reanimacji zabierają martwą pasażerkę – wracającą do domu mieszkankę Rapa Nui o kruczoczarnych włosach.

world-map-easter-island-rapa-nui-pacific-ocean

Lądowanie. Dochodzi godz. 19:00. Pilot zatacza koło wokół imponującego Rano Kau, krateru wulkanicznego, którego dno zajmuje jezioro o średnicy ok. 1 km. To stąd miejscowi czerpią wodę.

lot na wyspę wielkanocną

Podekscytowana widokami, utrwalam telefonem jedyny pas startowy portu lotniczego Mataveri.

Bezchmurne niebo zapowiada wspaniałą pogodę.

hhhh

Kilkanaście minut później. Schodząc po schodach na płytę lotniska ledwo utrzymuję się na śliskich, mokrych od deszczu stopniach. Porywisty wiatr targa mną na prawo i lewo. Ale jak to ulewa? I będzie tak cały czas? Czy właściciel mojego pokoju na pewno odczytał maila ze zmianą godziny lądowania?

Podchodzę do stanowiska fundacji CONAF, gdzie młody, ciemnoskóry mężczyzna z dredami zaplecionymi w kok i mnóstwem naszyjników z kości, sprzedaje mi za 60 USD bilet do Parku Narodowego Rapa Nui, który stanowi prawie połowę powierzchni wyspy. Bilet noszę przy sobie codziennie, bo strażnicy parku mogą niespodziewanie skontrolować, czy aby na pewno go mam (w przeciwnym razie, płaci się wysoką karę).

Wychodząc z miniaturowej hali przylotów, szukam w tłumie swojego nazwiska. – Iorana! – gospodarz wręcza mi na powitanie wieniec czerwonych kwiatów. Okazuje się, że jego żona pracuje na lotnisku, więc od razu dowiedział się o zaistniałej sytuacji. Czekamy na dwóch dodatkowych gości jego pensjonatu. Peter opowiada, że zgodnie z tutejszym zwyczajem, rodzina i przyjaciele zmarłej kobiety będą każdego wieczora przez miesiąc gromadzić się w jej domu i wspominać ją z radością.

Ku mojemu zaskoczeniu, para Kanadyjczyków, z którą spotkałam się przerażonym wzrokiem w samolocie, podchodzi do gospodarza – będziemy nocować w tym samym miejscu! Obserwując z kwaśnymi minami, co dzieje się za oknami samochodu mruczymy pod nosem o piątku, trzynastego i rozemocjonowani wciąż wspominamy co się wydarzyło, a kierowca na darmo opowiada o wyspie wskazując palcem ważne budynki.

Nikt go nie słucha…

lot na wyspę wielkanocną

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Mam nadzieję, że lot na Wyspę Wielkanocną przeżywaliście razem ze mną – dajcie znać, czy chcielibyście tam polecieć.

Ciąg dalszy spełniania wielkiego marzenia w poście:

Wyspa Wielkanocna: pierwszy spacer.

Zapisz

POWIĄZANE WPISY